W początkowej wersji mieliśmy rozbić się tutaj na dole (wys. 2356m n.p.m.), ale po burzliwej naradzie postanawiamy wjechać wyżej.Wchodzenie piechotą w początkowym fragmencie podejścia pod masyw Elbrusa nie jest specjalnie interesujące więc postanawiamy wjechać kolejką. Jeśli ktoś chciałby tę trasę pokonać pieszo to musiałby mozolnie wspinać się po lewej stronie wyciągu. A poza tym wszystko można zobaczyć z wagonika kolejki linowej. Nasz plan jest taki aby dzisiaj wjechać do drugiej stacji kolejki, tam spędzić noc, a jutro jechać dalej. Kupujemy więc bilet aż do stacji wyciągu krzesełkowego po 60 rubli/1 os. (do drugiej stacji kosztuje 40 rubli), który okazuje się być jednocześnie biletem powrotnym ważnym 7 dni. Tak poza tym to porozumienie się co do tego faktu z kasjerką zajęło nam dłuższą chwilę, po której dopiero zrozumieliśmy zasadę "działania" biletu w obie strony. Wsiadamy do czerwonego wagonika, który za wyjątkiem niczym nie zabezpieczonej klapy w podłodze wygląda solidnie i ruszamy na podbój Elbrusa. Kiedy jedziemy w górę za nami roztacza się piękny widok na dolinę Baksan, a przed nami piętrzy się ośnieżony wierzchołek Elbrusa. Kiedy wysiadamy na drugiej stacji (wys. 2920m n.p.m.) słońce ostro przygrzewa. Sama stacja wyciągu to nic interesującego. Trochę betonu i blachy, kilka pomieszczeń dla obsługi i żadnej infrastruktury typu bar czy nawet toaleta. Nieopodal, na skarpie stoi jakiś blaszany barak, a obok niego kopcący sie transformator. Bardzo nas to intryguje ale nie jest to jednak widać nic nadzwyczajnego i groźnego ponieważ nikt się tym nie przejmuje. Spotykamy chłopaka i dziewczynę z Warszawy, którzy jednak nie zatrzymują się tu na dłużej tylko idą dalej. Jak widać i jak będziemy mieli okazję sie jeszcze niejednokrotnie przekonać nie jesteśmy tu jedyni z Polski. Nigdzie już dzisiaj nie idziemy więc rozkładamy na tarasie karimaty, smarujemy się kremem z filtrem UVi korzystamy ze słońca. Jest ok. 19-tej, a my po skromnym posiłku złożonym z chleba, pasztetu i kabanosów siedzimy w wieczornym słońcu i patrzymy na odległe szczyty i lodowce spływające z gór. Robimy zdjęcia w księżycowym krajobrazie otaczającym stację, rozmawiamy i mimo postępującego chłodu jest super.

Postanawiamy spędzić noc na tarasie, w samych tylko śpiworach. I prawie nam się to udaje - dopóki nie zauważamy, że na naszych śpiworach zaczyna się gromadzić wilgoć. Wtedy czym prędzej wchodzimy do środka budynku. Nie jest nam jednak dane zaznać spokojnego snu. Zjawiają się jacyś faceci z obsługi i nakazują prznieść się nam do drugiej części stacji. Jednak i tu nie zagrzewamy długo miejsca. Po chwili zjawiają się kolejni, tym razem młodzi chłopacy z obsługi kolejki, którzy pokazują nam w pełni wyposażony pokój na piętrze, z którego możemy skorzystać. Całkowicie za darmo. W pokoju jest łóżko, światło, woda i niesamowite urządzenie - maszynka do grzania wody w postaci metalowego stołka, którego blat jest w całości podłączony do prądu i rozgrzewa się cały.
Na razie całkiem przyjemnie i bez wysiłku zdobywamy Elbrus. Ambitnie postanawiamy obudzić się o 5:30 rano aby zobaczyć wschód słońca nad Elbrusem. Jednak kiedy wstajemy wyrwani ze snu dźwiekiem naszego wspaniałego budzika okazuje się, że jest za wcześnie - słońce jeszcze nie wzeszło. Nic jednak straconego. Z niemym zachwytem oglądamy piękne rozgwieżdżone niebo nad lodowcem z chyba milionami gwiazd na nieboskłonie, jakiego nigdy nie będzie nam dane zobaczyć w mieście.
Rano wstajemy niespiesznie i uzgadniamy dalszy etap podejścia. Zaraz też wywiązuje się spór o to jak wchodzić dalej. Ostatecznie Andrzej i ja postanawiamy w ramach lepszej aklimatyzacji wchodzić do trzeciej stacji piechotą, a dwaj Marciny wjadą kolejką. Pakujemy się, rozdzielamy i wyruszamy w drogę. Andrzej i ja idziemy z plecakami aby lepiej zaaklimatyzować się zarówno wysokościowo jak i wysiłkowo. Początek nie jest jednak zbyt udany - ponieważ droga wyżej nie jest oznaczona, wyruszamy w złym kierunku i w pewnym momencie wyrasta przed nami czoło lodowca, kórego nie da sie obejść. Kluczymy tak po okolicy ok. godziny aż wreszcie odnajdujemy właściwą drogę do stacji "Mir" (bo tak nazywa sie wyższa stacja kolejki wagonikowej). Daje się już odczuć wpływ wysokości. W nocy bolała mnie głowa, a droga pod górę pomimo, że łatwa i niezbyt stroma powoduje szybkie męczenie się. Wysiłek ten wynika jednak ze zmniejszonej ilości tlenu i wyskokości, a nie trudności technicznych drogi. Dlatego też po przyjściu na miejsce nie czujemy się zmęczeni. Na stacji "Mir" (wys. 3470m n.p.m.) kończy się wyciąg wagonikowy, a rozpoczyna krzesłkowy. Kiedy dochodzimy, naszych kolegów już nie ma - pojechali widać wyżej. Stacja jest tak samo nieciekawa jak poprzednia za wyjątkiem tego, że tutaj jest jakiś bar i WC i ... jeszcze większy bałagan niż na dole. Pełno tu kabli, starych lin od wyciągów, resztki wagoników i krzesłek. Tak też wygląda cała droga w górę, wzdłuż wyciągu krzesełkowego. Nikogo to jednak nie obchodzi i nikt o to nie dba. Wszytko jest państwowe, czyli niczyje. A jak nie ma właściciela to po co sie starać. Lepiej brać każde pieniądze jaki uda się na boku wydobyć od turystów do własnej kieszeni o czym mieliśmy się okazję niejednokrotnie przekonać na własnej skórze.

Początkowo planowaliśmy rozbić się tutaj na noc podczas gdy nasi dwaj koledzy spędziliby noc o jedną długość wyciągu wyżej. Otoczenie jest jednak na tyle nieciekawe, a my czujemy się na tyle dobrze, że po dłuższym odpoczynku i obiedzie (niezapomniany ryż z sosem) wyruszamy w górę. Po drodze mija nas grupa ludzi niosących na noszach kogoś ze złamaną nogą . Widać, że i tu może być niebezpiecznie. Powoli pniemy sie pod górę podczas gdy nad nami z cichym szumem przesuwają się krzesełka wyciągu pełne turystów. Czujemy się dość dziwnie ponieważ jesteśmy chyba jednymi z niewielu, którzy decydują się pokonać ten etap piechotą. Znaczna większość ludzi wjeżdża jak najdalej się da kolejkš, z czego skwapliwie skorzystali nasi dwaj współtowarzysze.
Kiedy przed naszymi oczami ukazują się wielkie biało-czerwone beczki (które są przerobionymi na mieszkalne beczkami po paliwie rakietowym) wiemy, że wreszcie dotarliśmy do tzw. Garabashi Point (wys. 3750m n.p.m.), który swoją nazwę zawdzięcza tutejszemu lodowcowi. Kilkanaście beczek ustawionych w dwóch równoległych rzędach oraz jeden blaszany barak na ratraki tworzą ostatnie po spłonięciu Prijutu miejsce gdzie można znaleźć dach nad głową. Jeśli jest wolne miejsce można za kilka dolarów wynająć nocleg w którejkolwiek z beczek. My jednak mamy namioty więc nie skorzystamy z tego luksusu.

Od "beczek" rozpoczyna się lodowiec i od tego momentu każde wyjście będzie już wymagać założenia raków na nogi. Lodowiec, który widzimy po raz pierwszy, jest niesamowitym zjawiskiem - w dzień spływa potokami wody i ujawnia bezdenne szczeliny, w nocy zamarza na kamień i straszy spadającymi odłamkami skalnymi. Jest ogromny i piękny. Czoło lodowca poszarpane jest szczelinami i pokryte kamieniami. W ogóle to jeśli ktoś wyobraża sobie lodowiec jako ogromną masę błękitnego lodu to się grubo myli. W rzeczywistości jest to szara, brudna kupa kamieni, lodu i zanieczyszczonego śniegu. Lodowiec niesie ze sobą mnóstwo śmieci, tony kamieni i wszystko co napotka na swojej drodze. Ale mimo to jest niesamowity.
Po dotarciu do Garabashi stwierdzamy, że nasi koledzy mają już rozbity namiot na kawałku wolnej przestrzeni, tuż ponad beczkami. Są bardzo zdziwieni naszym niespodziewanym pojawieniem się ponieważ byli pewni, że zostaniemy na noc w "Mirze". Tego nie było w ich planach - zamierzali jutro ić wyżej zostawiając nam rozbity namiot, a biorąc w górę nasz. A tak pokrzyżowalimy im plany. Rozbijamy się tuż koło nich, ukrywając się przed wiatrem za resztkami jakiej budowli, w otoczeniu mieci i stert starych desek. Tyle co skończylimy kiedy zaczął padać deszcz. Po jakim czasie z deszczu wywiązała się burza, a z burzy grad. Wali o cianki namiotu jak szalony, a wręcz przeszkadza w rozmowie. Pada go tak spora iloć, że zrobiło się już biało na zewnątrz. Burza też jest niczego sobie. Na tej wysokoci pioruny uderzają jeden za drugim z ogromnym hukiem. Od teraz już burza będzie naszym nieodłącznym codziennym towarzyszem. Wraz ze wszystkimi jej efektami specjalnymi, czyli deszczem przechodzącym w grad, piorunami, grzmotami i czym specjalnym o czym póniej.

Następnego dnia wstajemy około godz. 8:00. Noc przypominała pozostałe - ciężki, przerywany sen, po którym ma się wrażenie, że się w ogóle nie spało. Po przebudzeniu jemy tradycyjne niadanie złożone z musli, składamy namioty, zakładamy raki i wychodzimy na lodowiec. Naszym dzisiejszym celem jest Prijut. Mamy do przejcia zaledwie ok. 500m, ale nie jest to łatwe. Idziemy wolno, postępując krok za krokiem i oddychając głęboko. Co jaki czas trzeba robić sobie odpoczynek aby zaczerpnąć tchu i dotlenić organizm. A wszystko przez wysokoć i rozrzedzone powietrze. Człowiek choćby chciał nie może ić szybciej. Kiedy wychodzimy na płaski teren tuż poniżej Prijuta okazuje się, że na naszej drodze stanęły szczeliny w lodowcu. Szczeliny, w których nie widać dna. Brrr... Na szczęcie obywa się bez kłopotów. Kiedy potem spoglądamy z góry na pokonaną trasę okazuje się, że zboczylimy za bardzo na prawo od normalnej drogi do Prijuta i dlatego natknęlimy się na szczeliny. Po ok. 2 godz. marszu dochodzimy do smętnych resztek schroniska Prijut11 (4200m n.p.m.), a właciwie dwóch resztek, bo jeden budynek był murowany i aktualnie zwieziono deski do jego odbudowy (o ile prędzej nikt ich nie spali na ognisku), a drugi to blaszany barak w kształcie okrętu podwodnego. Całoć przedstawia obecnie doć smutny widok. Resztki powyginanych blach, stare kaloryfery, resztki metalowych łóżek i sterty mieci. Wszystko to leży dookoła schroniska i nikt nie kwapi się aby to sprzątnąć. Jedyne co zrobiono to zgarnięto wszystkie te pozostałoci spychaczem w jedno miejsce.
Nie mamy ochoty rozbijać się wród tych resztek Prijuta, a jedyne sensowne miejsca wewnątrz pozostałoci murów obydwu budynków są już zajęte. Podchodzimy więc jeszcze kawałek i rozbijamy namioty na skałach po prawej stronie schroniska. Widać, że miejsce jest bardzo uczęszczane bo są już przygotowane stanowiska na namiot: wyrównane i otoczone kamiennymi murkami chroniącymi przed wiatrem. Z ciekawostek to do tej wysokoci można wjechać ratrakiem z Garabashi Point za ok. 20$ od osoby. I wielu tzw. niedzielnych turystów z tego korzysta. Sami bylimy wiadkami jak przyjechała tu paniusia w szpilkach, z reklamówką w ręce i całą rodziną.

Słońce grzeje niemiłosiernie i znowu trzeba się wysmarować kremem aby się za bardzo nie opalić, a przede wszystkim chronić przed silnym promieniowaniem UV. Przed nami rozpociera się piękny widok na dwa sąsiednie wierzchołki Elbrusa - wschodni niższy oraz właciwy zachodni. Obydwa pokryte czapą lodowo-niegową i otulone chmurami. W dół rozpociera się biały jęzor lodowca, po którym jak mrówki przesuwają się turyci. Co jaki czas słychać odgłos spadających kamieni z osypujących się skał, na których rozstawilimy namioty. W tym pięknym otoczeniu jemy obiad (kasza z sosem - pycha), podziwiamy widoki, a kiedy robi się chłodno wchodzimy do namiotów. Tymczasem nad szczytem przetacza się burza. Nic niezwykłego - wydarzenie jak co dzień. Jeszcze tylko ostatnie uzgodnienia dotyczące jutrzejszego wyjcia aklimatyzacyjnego do Skał Pastuchowa i kiedy kładziemy się spać.
Rankiem wpływ wysokoci daje znowu o sobie znać. Ciężka noc, ból głowy nasilający się wieczorem i tętniący pod czaszką aż do rana. Do tego dołączają się nudnoci, które trapią niektórych z nas. Ponieważ obydwa Marciny nie czują się dobrze do skał wychodzi tylko Andrzej i ja. Wyruszamy na lekko, z napojami i dodatkowymi ubraniami w plecaku. Bierzemy również maszynkę do gotowania aby po dotarciu na miejsce przygotować sobie ciepłą herbatę.Idziemy ciężko i powoli. Mimo, że skały są tak blisko i w normalnych warunkach byłby to żabi skok, idziemy i idziemy, a cel zbliża się bardzo wolno. Wypracowujemy sobie technikę chodzenia. Każdy z nas idzie swoim rytmem i jestemy oddaleni od siebie o kilkanacie metrów. Ja idę równym rytmem po 10 kroków, po których następuje odpoczynek. Szybciej się nie da bo brak powietrza rozrywa płuca. Trzeba przystanąć i wziąć kilkanacie głębokich wdechów. Andrzej idzie szybko ale krótkimi odcinkami. Po około 2 godz. dochodzimy do Skał Pastuchowa. Skały to kilkanacie wystających z ziemi kamieni, wród których od biedy można by rozstawić namiot. Po wejciu mimo, że boli mnie głowa czuję się nie najgorzej więc zatrzymuję się na dłużej. Andrzej czuje się le więc po wypiciu zagrzanej herbaty schodzi zaraz w dół. Widać nasza aklimatyzacja nie jest jeszcze pełna. Kiedy schodzimy w drodze powrotnej spotykamy Marcina Sz., który postanowił podejć pod Skały, a w obozie czeka na nas drugi Marcin z kubkiem goracej herbaty. Niedługo po naszym powrocie psuje się pogoda i nadciągają chmury. Zaczyna wiać porywisty wiatr tak, że zmuszeni jestemy dodatkowo przymocowywać tropik aby nam go nie porwało. Po chiwili rozpoczyna się regularna burza, z gradem i niegiem i błyskawicami co chwila rozdzierającymi niebo. I do tego wszystkiego w czerni nocy dołącza sie niesamowite zajwisko, którego jestemy wiadkami. Otóż z uwagi na dużą wysokoć i duże naelektryzowanie otaczająych nas chmur i skał te ostatnie zaczynają "piszczeć". Trudno określić komu kto tego nie przeżył jaki to dżwięk. Włanie takie ciche piszczenie. A po wyjciu z namiotu włosy stają dęba! Wszystko dookoła jest tak potężnie naelektryzowane, że aż mamy obawy czy robiąc krok nie przeskoczy iskra. Mamy też wiadomoć, że chyba już nigdy w życiu nie będzie nam dane przeżyć tego zjawiska jeszcze raz.

W nocy le się czuję i zaczynam mieć objawy przeziębienia. Boli mnie gardło i mam katar więc zapobiegawczo łykam kilka tabletek. Mimo kilkudniowej już aklimatyzacji nie czujemy się dobrze. Nadal bolą nas głowy i mamy nudnoci. Mimo to podchodzimy z biwakiem jeszcze trochę wyżej i rozbijamy się ponad wszystkimi innymi namiotami na ok. 4500m n.p.m. Od naszego wczorajszego obozu był to zaledwie kawałek, ale z pełnymi plecakami szlimy jak limaki. Poza tym podejciem w dniu dzisiejszym nie robimy nic więcej. Na obiad jemy ryż z sosem pomidorowym, który zamiast 20 min. gotuje się 40 min. ze względu na wysokoć. Dlatego też nigdy nie czekamy aż zagotuje nam się woda na herbatę - pijemy ledwie gorącą. Postanawiamy, że jutro atakujemy szczyt! Decyzję tę podejmujemy mając na względzie psującą sie z każdym dniem pogodę (co dzień burza rozpoczyna się coraz wczeniej) aby zdążyć przed całkowitym załamaniem pogody i fak, że mimo, że jeszcze nie weszlimy na szczyt, to już powoli mamy dosyć jego oblężniczego zdobywania. I tego żarcia!
Podczas krzątania się wokół obozowiska Marcin Sz. wpada po kolana do pokrytego lodem jeziorka i moczy sobie buty. Jaka szkoda, że nikt z nas nie miał wtedy pod ręką aparatu. Jeli chce zdobyć Elbrus do jutra muszą Mu wyschnąć. Kiedy słyszymy niski dwięk przelatujących gdzie daleko samolotów pierwsze co nam przychodzi na myl to bombowce lecące do Dagestanu - żartujemy. Wiemy już, że wojna w Dagestanie rozwinęła się na całego i mylimy, że tam gdzie w Polsce nasze rodziny muszą sie o nas bardzo martwić. Postanawiamy zadzwonić do nich jak tylko zejdziemy w dół. Wieczorem w ramach przygotowań do zdobycia szczytu napełniamy butelki napojami aby nie robić tego w nocy, pakujemy plecaki i nastawiamy budzik na 2:00 w nocy. To włanie w okolicach tej godziny wychodzi się zdobywać Elbrus. Kładziemy się spać z niemym życzeniem o ładną pogodę w dniu jutrzejszym.
Jest sobota, 21 sierpnia.
