Elbrus 5642m


Budzik wyrywa nas ze snu w środku nocy. Na zewnątrz namiotu zimno i ponuro, ale z ulgą stwierdzamy, że utrzymuje się ładna pogoda i nad stokami Elbrusa migocze rozgwieżdżone niebo. Jemy skromne śniadanie i pakujemy resztę niezbędnych rzeczy do plecaków. Na dworze jest zimno więc ubieramy praktycznie wszystko co mamy na siebie po czym zakładamy raki na buty i wyruszmy. Trochę się grzebaliśmy więc startujemy ok. 3:30, ale nie jest to duże opóźnienie ponieważ i tak mamy bliżej do Skał Pastuchowa niż idący od Prijuta czy nawet Garabashi Point. Tym samym mamy w zapasie ok. 1 godziny. Atmosfera jest niesamowita. Noc otacza nas ze wszystkich stron, a nad głowami migocze ogromna iloœć gwiazd. Jest cicho i pięknie. Poświata gwiazd (księżyca nie widać) jest na tyle silna, że pozwala na marsz bez korzystania z czołówki, kórej zapalenie bardziej przeszkadza niż pomaga. Przed nami majaczy się obły kształt wierzchołka Elbrusa, a z czeluści nocy co jakiś czas wyłania się kolejna tyczka znakująca drogę do przełęczy między wierzchołkami.

Kiedy podchodzimy w górę mijają nas najpierw dwa ratraki pełne ludzi, a za jakiś czas kolejne dwa. Wycinają czerń nocy słupami światła z reflektorów i wyłuskują ostre zarysy skał piętrzących się kilkaset metrów wyżej. Tymi czterema pojazdami wjechało do wysokości skał Pastuchowa ok. 40 osób. Korzystają z tego rodzaju udogodnienia ci, których na to stać aby podjechać ten kawałek oraz ci, którzy wjeżdżają tylko do Skał w ramach aklimatyzacji, a później schodzą w dół. Jednakże część z tych tłumów atakuje szczyt. Idzie się więc wśród i wymija całe zastępy turystów. Podczas naszego wejścia mijamy zarówno Japończyków z nieodłącznymi kamerami jak i Amerykanów powiązanych linami. Ci ostatni wyglądają mi na jakiś obóz integracyjny dla kadry menadżerskiej.

Widok

Do skał Pastuchowa docieramy w miarę szybko dzięki wcześniejszej aklimatyzacji i tutaj kończy się przyjemny spacer, a zaczyna mordercza harówka, której celem jest zdobycie szczytu. Od tego momentu stromizna sięga ok. 30-40 stopni. Drogę aż do przełęczy między wierzchołkami wytyczają tyczki rozmieszczone co ok. 100m. Cała wspinaczka na Elbrus nie jest trudna technicznie, ale okropnie męcząca i długa. Od wysokości Skał Pastuchowa zaczynają nas boleć głowy, a po jakimś czasie dołączają się pozostałe objawy chroby wysokościowej. A potem jest już tylko gorzej. Mimo, że wzięliśmy picie i czekoladę ja nie tknąłem aż do powrotu nic z tego. Było mi na tyle niedobrze, iż wiedziałem, że jeśli wemę cokolwiek do ust to zaraz to zwrócę. Swoją drogą wydawało nam się, że siedzimy tu już wystarczająco długo i że się zaaklimatyzowaliśmy. Dyszymy i zipiemy mozolnie pnąc się pod górę. Od tyczki do tyczki, od jakiegoś wyimaginowanego punktu orientacyjnego do następnego, krok za krokiem, seriami tak jak poprzednio, po których następuje chwila odpczynku. Przystajemy na dłuższą chwilę, kiedy na horyzoncie zaczyna pojawiać się słońce. Podziwiamy wtedy wschód słońca nad Kaukazem i robimy kilka zdjęć.

Droga do resztek schronu na przełęczy ciągnie się jak guma. Już widać cel a jednocześnie wiadomo, że to jeszcze tyle kroków i seria odpoczynków, i za nic w świecie nie da się tego przyspieszyć. Kiedy docieramy do przełęczy (ok. 5300m n.p.m.) jesteśmy już nieźle zmęczeni i mamy już dosyć zdobywania tego szczytu. Mimo, że pod czaszką kołacze się (oprócz bólu) myśl aby rzucić to wszystko i jak najszybciej zejść w dół, nikt nie wypowiada tego głośno. Przed nami ostre podejście na wierzchołek.

Na szczycie

Wyruszamy wraz z grupą kilku innych zdobywców. Na stoku jest głęboki, kopny śnieg, w kórym idzie się jeszcze ciężej i który potęguje zmęczenie. Kiedy wychylamy się poza krawędź stoku na bardziej płaski teren w okolicach szczytu mamy nadzieję, że to już koniec. Jakież jest nasze zdziwienie, kiedy okazuje się że do właściwego wierzchołka jeszcze kawałek. W normalnych warunkach żaden problem - teraz ogromny wysiłek. Ale idziemy dalej - wiemy, że jeśli teraz byśmy zrezygnowali to najprawdopodobniej nie chciało by nam się podjąć tej próby jeszcze raz. Już widzimy wierzchołek. Jeszcze tylko kilkadziesiąt metrów, kilka pagórków i po pokonaniu w trzech rzutach wysokiego na kilkanaśćie metrów wzniesienia, na którym jest szczyt, wreszcie jesteśmy!

Najwyższy szczyt Kaukazu został zdobyty. Jest ok. 11:00 dopołudnia. Sam szczyt to nic szczególnego: malutki kawałek płaskiego terenu i jakaś tablica poświęcona nie jakby można się spodziewać Elbrusowi lecz pamięci wojny. Widoki ze szczytu zapierają dech w piersiach. Gdzie się nie spojrzy dookoła góry. Patrząc w kierunku Prijuta same ośnieżone szczyty zaś po drugiej stronie wierzchołka krajobraz jak z innej bajki. W dole piętrzą się niewysokie stoki Kaukazu Zachodniego pokryte zielenią lasów i łąk. Kontrastują z bielą ośnieżonych szczytów za naszymi plecami. Robimy zdjęcia i jeszcze przez jakiś czas kontemplujemy w zamysleniu widoki rozciągające się u naszych stóp.

Kaukaz Zachodni

Wpływ wysokości nie daje jednak o sobie zapomnieć - czaszka pęka, a żołądek odmawia posłuszeństwa. Mamy już tego serdecznie dosyć więc nie ociągamy się za bardzo i niedługo schodzimy w dół. Droga w dół jest równie męcząca jak podejście. Głęboki śnieg na stoku Elbrusa utrudnia poruszanie, a wymęczony organizm nie podnosi nóg tak wysoko jak trzeba. Idziemy wolno, krok za krokiem. Nie interesują nas już widoki, a jedynie każdy kolejny krok, który przybliża nas do namiotu. Droga wydaje się ciągnąć w nieskończoność. Idziemy z górki, a mimo to musimy przystawać aby zaczerpnąć tchu - jest to coś dziwnego ponieważ teoretycznie powinno być łatwiej niż pod górę, a wcale tak nie jest. Kiedy docieramy do namiotów mamy wszystkiego serdecznie dosyć. Pijemy napoje i walimy sie do śpiworów. Ja ponieważ czuję, że się przeziębiłem i mam gorączkę połączoną z dreszczami łykam jakieś tabletki i próbuję przezwyciężyć ten okropny ból głowy. Jeszcze tylko przed snem uzgadniamy, że to już nasz ostatni dzień w gościnie u Elbrusa i jutro z rana zjeżdżamy w dół. Jak najniżej się da.

Jest niedziela, 22 sierpnia.

Powrót
18.10.1999 (c) Szymon Trocha. Prawa autorskie zastrzeżone. Żadna część niniejszego tekstu nie może być nigdzie publikowana ani rozpowszechniana w jakiejkolwiek innej formie (włączając w to umieszczanie na innych serwerach w Internecie) bez pisemnej zgody autora.