W poniedziałkowy ranek wstajemy niespiesznie i zaczynamy zbierać nasze ciężko tutaj wniesione manatki. Chwila pożegnania z bliskim jeszcze Elbrusem i zdajemy sobie sprawę, że chyba już nigdy nie wrócimy na te piekne stoki, że to był pierwszy i ostatni raz. A potem z pełnymi plecakami ruszamy, ale tym razem już w dół. Kiedy docieramy do wyciągu krzesełkowego w "beczkach" okazuje się, że wyciąg nie kursuje. Ale nic nie stoi na przeszkodzie aby ruszył - prawda? Wszystko jest tylko kwestią pieniędzy. Po kilkunastominutowym oczekiwaniu i targowaniu się z facetem z obsługi cały wyciąg zostaje uruchomiony specjalnie dla nas czterech i rusza za jedyne 100 rubli. Jesteśmy zadowoleni, że nam się udało i nie musimy iść piechotią w dół. Teraz nastepny etap czyli wyciąg wagonikowy. I znowu okazuje się, że rzekomo nie kursuje, ale po konsultacjach i pokazaniu naszych biletów powrotnych okazuje się, że możemy jechać. I znowy tylko we czterech, sami w wagoniku. Jednak kiedy docieramy do stacji nasz fart się kończy i okazuje się, że na dalszą jazdę nie ma szans. Ten odcinek kolejki jest akurat w remoncie (co podobno zdarza się co tydzień) i za żadne pieniądze nie ruszy. Co prawda nie widać jakiś szczególnych prac remontowych, ale niech im będzie - dalej musimy iść piechotą. Jeszcze tylko ostatni rzut oka na stoki Elbrusa i ruszamy w dół.

Tutaj już dawno nie ma lodowca więc obniżamy wysokość w miarę szybko tak, że popołudniu jesteśmy na dole. Od razu też łapiemy transport do Terskoła i po paru minutach jesteśmy już w znajomej reastauracji i zajadamy się kurczakiem z rożna i pijemy herbatę z cytryną.
Jeszcze będąc do góry wymyśliliśmy sobie, że skoro mamy jeszcze trochę czasu z naszego urlopu to szkoda by było go zmarnować będąc już tak blisko i postanowiliśmy, że wyruszymy do Soczi nad Morze Czarne. W ramach rekonwalescencji i rekreacji. Więc teraz szukamy transportu aby jeszcze dzisiaj wyrwać się z doliny.
Ale to już całkiem inna historia...
Jest poniedziałek, 22 sierpnia.
